2016 r.

W Rzeszowie zaczęło się moje śpiewanie

W Rzeszowie zaczęło się moje śpiewanie - mówi Kortez, największy wygrany w polskiej muzyce a.d. 2015. Urodził się w Krośnie, mieszkał w Iwoniczu, a studiował w Rzeszowie, gdzie pierwszy raz został zauważony na castingu do jednego z muzycznych show.

Twoje pierwsze skojarzenie z Rzeszowem?

Akademik i melanże (śmiech).

Jak to się stało, że skierowałeś swoje kroki do Rzeszowa?

To bardzo prosta sprawa. Skończyłem liceum o profilu matematyczno-fizycznym, ale na tydzień przed maturą zrezygnowałem ze zdawania matematyki. Mając za sobą przygodę ze szkołą muzyczną postanowiłem pójść po linii najmniejszego oporu i studiować edukację artystyczną w Rzeszowie, bo na ten kierunek stosunkowo łatwo mogłem się dostać.

Jak wyglądało to studenckie życie w akademiku? Spędzałeś czas głównie tam czy szwędałeś się po mieście?

Na początku kursowałem pomiędzy akademikiem a Wydziałem Muzyki i kiedy miałem wolną chwilę siedziałem przy pianinie, uczyłem się grać, rozpracowywałem różne melodie i utwory, za to rzadko pojawiałem się na zajęciach. Później zrozumiałem, że jednak powinienem częściej na nich bywać, chociażby po to, żeby zaliczać kolejne semestry. Poza uczelnią większość czasu spędzałem z kumplami w akademiku.

A muzycznie, coś Ci te studia dały? Czegoś Cię nauczyły?

Tak. Bardzo dobrze wspominam zajęcia z improwizacji i z emisji głosu. Nagle zdałem sobie sprawę, że chyba potrafię śpiewać. Dużo osób mówiło mi, że mam niezły głos. Potem jakoś przez przypadek zagrałem na jednym z koncertów na uczelni. Raz na półtora roku trzeba było zaliczyć występ sceniczny. Trochę dla jaj zadeklarowałem, że zaśpiewam. Wszyscy byli zadowoleni z mojego występu, łącznie z profesorką. Pamiętam, że śpiewałem „Last Christmas"i "Let it snow", i tak się zaczęło moje śpiewanie.

Najbardziej poruszający utwór z Twojej płyty to według mnie tytułowy „Bumerang", w którym tekst przedstawiany jest z perspektywy dziecka. Czy uważasz, że pielęgnowanie w sobie dziecięcego pierwiastka jest niezbędne do tworzenia?

Myślę, że tak. Kiedy patrzysz na dzieci, na ich zachowanie, widzisz, że nie są one skażone tym całym syfem tego świata. Wszystko jest czyste. Dzieci pojmują świat takim, jakim go odbierają. To jest zajebiste u dzieci i takie patrzenie jest bardzo przydatne w procesie twórczym. Czysta myśl, niczym nieskalana. Niczym się nie sugerujesz.

A czy pojawienie się na świecie Twojego potomka było dla Ciebie inspirujące?

Oczywiście. Każdy moment w moim życiu jest bodźcem do tworzenia.

Widzimy jak z zewnątrz wygląda spektakularny sukces Twojej muzyki, ale czy ma on też jakieś swoje cienie?

Dostrzegam w zasadzie same pozytywy. Jest to zaskakujące i po raz kolejny powiem, że nie spodziewałem się tego. Wyobrażałem sobie, że raz na dwa tygodnie zagram jakiś koncert, a od poniedziałku do piątku dalej będę ładował na budowie albo gdzieś indziej, gdzie można zarobić, a okazało się, że to wszystko poszło w drugą stronę. Jest świetnie.

Wkrótce ruszasz z koncertowaniem z całym bandem. Czy jego skład się już wykrystalizował?

Tak. Jesteśmy już po pierwszych próbach. Zespół składa się z muzyków, którzy nagrywali partie instrumentalne na moją płytę. Od marca ruszamy ze wspólnymi koncertami.

Jak odbierasz płytowe podsumowania roku? W większości z nich „Bumerang" wraca jak bumerang.

Bardzo się cieszę, że „Bumerang" znajduje się w tak wielu podsumowaniach, że ktoś, kto jeszcze nie słyszał płyty może czasem przez przypadek dzięki temu na nią trafić. Jednocześnie nie mam parcia na to, żeby śledzić i sprawdzać te wszystkie podsumowania. To jest moment, który się wydarzył. To już jest, to zostało zapisane, a ja chciałbym iść dalej, tworzyć i nagrywać kolejne utwory.

A czy nawiązałeś już jakieś znajomości z artystami, z którymi w przyszłości chciałbyś współpracować?

Poznaję różnych ludzi, ale nigdy nie miałem, nie mam i pewnie nie będę miał takiego „parcia", żeby z kimś coś zrobić, nagrać, etc. Cieszę się, że poznaję zajebistych ludzi, ale nie wchodzę w tematy współpracy. Co mam robić, robię sam. Nie wyobrażam sobie duetu z jakąś wokalistką, gdzie ja śpiewam jedną zwrotkę, ona drugą i razem śpiewamy refren, machamy rękami stojąc naprzeciwko siebie w studiu. To jest słabe.

Naprawdę nie ma takich artystów, których szanujesz, a z którymi chciałbyś nawiązać współpracę?

Szanuję i cenię oryginalność ludzi i przez to nie chciałbym zaburzać im tej oryginalności wchodząc ze swoimi rzeczami i emocjami.

Myślisz już o kolejnym albumie? Odczuwasz tzw. „presję drugiej płyty"?

Presja jest zła, bo kiedy tworzysz pod jej wpływem nic dobrego z tego nie wyjdzie. Jest to robienie muzyki, piosenek na siłę, tylko po to, żeby to się stało, żebyś mógł potem powiedzieć: „Proszę państwa, oto moja druga płyta. Proszę słuchać, jest taka a nie inna, bo niestety nie miałem na to czasu, bo niestety wszystko było na szybko, bo niestety wszystko jest wymyślone i zaprojektowane". Nie. Chciałbym tego uniknąć. Chciałbym, żeby każda kolejna płyta była również zapisem chwili, zapisem emocji, które gdzieś tam w moim życiu w pewnym okresie są obecne. Żeby te piosenki niosły ze sobą coś więcej niż tylko kilka akordów, których każdy używa. Chciałbym, żeby melodie były dobre, a słowa ważne. Żebym cieszył się z tego, tak jak ze swojej pierwszej płyty.

Czy na koncercie w Lukrze spodziewasz się dużej ilości znajomych?

Nie wiem. Miałem i mam bardzo wielu znajomych, ale prawdziwie bliskie mi osoby potrafię wyliczyć na palcach jednej ręki. Ci na pewno będą.

Rozmawiał BARTŁOMIEJ SKUBISZ

Day&Night, styczeń/luty 2016 

Kortez
Kortez